sobota, 30 sierpnia 2014

Soy el padre.

Barcelona, marzec 2014

            Następnego dnia obudziłam się z ogromnym kacem. Wyjaśniłam sobie wszystko z Rodrigo, żyliśmy jak dawniej, z dnia na dzień. Alexis się nie odzywał, ale nie robiło to na mnie większego wrażenia. Po naszym ostatnim spotkaniu czułam, że więcej już go nie zobaczę. Myliłam się…

*

ALEXIS

            Od kilkunastu dni nie byłem sobą, niby zachowywałem swój tradycyjny tryb dnia. Rano trening, później czas wyciszenia, później wyjście do klubu, poznanie jakiejś laski i przemiła noc z nią. Wszystko wyglądało jak kiedyś, ale czułem, że coś się zmieniło. Popołudnia zazwyczaj spędzałem, a to na siłowni czy po prostu siedząc przed telewizorem, ale teraz nie mogłem zebrać myśli. Cały czas coś zaśmiecało moją głowę. Odkryłem, że najlepszym sposobem na to są spacery. Znałem już chyba każdą uliczkę w swojej dzielnicy. Tego dnia poszedłem dalej, wsiadłem w samochód i podjechałem do dzielnicy na drugim końcu miasta. Po co? Nie wiem, ale w sumie, co za różnica. Założyłem czarną bluzę, czapkę z daszkiem i okulary przeciwsłoneczne. Tak niewiele, a nikt cię nie pozna. Mógłbym nawet niezauważony jechać metrem, ale metrem nie jeżdżę, od czegoś ma się te piękne autka w garażu. Spacerowałem mniejszymi uliczkami, gdy dotarłem do jednych z większych ulic w Barcelonie, do Passeig de Sant Joan. Szedłem przed siebie, nie przejmując się niczym, nie myśląc o tym, że mija mnie tak wiele ludzi. Gdy przechodziłem obok placu zabaw instynktownie się obróciłem. Odruch tacierzyński czy co? Bawiło się tam wiele dzieci, wśród nich chłopiec, który wyglądał jak… Miguel. Rozejrzałem się dookoła i na ławce obok placu zobaczyłem Mire. Ubraną w czarne legginsy, bluzkę w pomarańczowe paski, brązową skórzaną kurkę, czarne botki i tego samego koloru kapelusz. Wyglądała ślicznie, kurde nadal mam słabość do tej dziewczyny. Usiadłem na ławce naprzeciwko niej i obserwowałem jak mój syn się bawi w piaskownicy, nie to nie może być prawda, ja ojcem? Nie, to nie dla mnie. Ja się nie nadaje na ojca. Imprezy, panienki, piłka to jest moje życie, a nie pieluchy i zabawy w piaskownicy. Jak tak teraz myślę to nie mam pojęcia, dlaczego usiadłem na tej ławce. Nie wiedziałem, co myśleć o tej całej sytuacji. Mire pojawiła się tak z nikąd, nie sądziłem, że kiedykolwiek jeszcze ją spotkam. Barcelona ogromne miasto, szansa na spotkanie niewielka, a tu taka niespodzianka. I jeszcze mówi mi, że mam syna, lepszego żartu dawno nie słyszałem. Nie wierzyłem w to, albo nie chciałem uwierzyć. Uznałem, że badanie DNA wyjaśni wszystko. I ostatecznie powie, że wielki Sánchez ojcem nie jest. Ostatnio moje popołudniowe spacery stały się moją codziennością, i od dnia, gdy na placu zabaw dostrzegłem Miguela i Mire codziennie tam przesiadywałem. Coś mnie tam ciągnęło, wtedy jeszcze nie wiedziałem co…

***

            Tego dnia miałem odebrać wyniki z kliniki. Nie chciałem być sam przy otwieraniu koperty, więc zaprosiłem Piqué i Fábregasa do siebie na piwo. Nie wiedzieli nic o badaniach, nie wiedzieli o niczym, myśleli, że to zwykłe męskie picie piwa jak to czasami u nas bywa. Biała koperta z logiem kliniki w lewym, górnym rogu i wydrukowanym moimi danymi: Alexis Sánchez Sánchez, Carrer de Llull 238 Barcelona, España, leżała już na stoliczku przy kanapach. Trzy zimne piwa stały obok niej. Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. Poszedłem je otworzyć i zobaczyłem Cesca i Gerarda. Uśmiechnięci od ucha do ucha przekroczyli próg mojego mieszkania. W salonie ja usiadłem na jednej kanapie, a moi goście na drugiej. Zrobiłem duży łyk piwa i chwyciłem kopertę.
- Trzymajcie kciuki. – powiedziałem, a oni spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. Wyjąłem dokument i zacząłem czytać, bezsensowna gadka o tym kto, jak, kiedy i dlaczego robił badania. A na końcu jedno zdanie „Zgodność genetyczna, wynik: pozytywny.” W kółko czytałem to jedno zdanie. – O kurwa. – krzyknąłem i chwyciłem się za głowę. Rzuciłem kartką papieru na stół i wziąłem piwo do ręki. Wypiłem je prawie jednym duszkiem i zacząłem się histerycznie śmiać. – Panowie, jestem ojcem. – powiedziałem, a Geri i Cescy zaczęli się ze mnie śmiać.
- Dobre Sanchi, to ci wyszło. Gdybym cię nie znał to bym ci uwierzył. – mówił ze śmiechem Fabs.
- To gówno – chwyciłem wyniki – mówi, że jestem ojcem. – i rzuciłem w stronę piłkarzy. Ci nadal śmiejąc się wzięli kartkę. Pierwszy przeczytał ją Cesc i zakrztusił się piwem. Powiedział ciche ‘Co?’ i dał ją Gerardowi. Ten z każdym zdaniem robił coraz większy wytrzeszcz oczu.
- RESULTADO DE LA PRUEBA: POSITIVO. – przeczytał na głos Pique. – No stary, gratuluję.
- Czyli to prawda. Mam syna. Chyba piwo mi nie wystarczy. – powiedziałem i wyjąłem z barku tequile.
To był dla mnie straszny wieczór, nawet długonoga brunetka nie potrafiła poprawić mi humoru i po godzinie odesłałem ją do domu. ’Ale wpadłeś Sánchez’ powtarzałem w kółko.

***

            Przez następny tydzień przesiadywałem na tej samej ławce i czekałem na Mire. Musiałem z nią porozmawiać, a oczywiście zgubiłem wizytówkę i ten plac zabaw był moją jedyną nadzieją. Wciągu tych siedmiu dni pojawili się trzy razy. Pierwszego dnia po prostu siedziałem i obserwowałem ją, Migiego. Następne dwa dni czekałem i czekałem, ale się nie pojawili. W czwartek przyszli, ale nie sami. Był z nimi mężczyzna, Mire przy nim cały czas się śmiała, wyglądała na szczęśliwą. Mały bawił się z innymi dziećmi, a gdy podbiegał do nich widać było, że ma z tym facetem bardzo dobry kontakt. Postanowiłem, że nie podejdę wtedy do nich, poczekam na następną okazję. Dzisiaj siedziałem na ławce bardzo długo, a Mire jak nie było tak nie było. Już miałem wracać do domu, gdy zobaczyłem dziewczynę idącą za rączkę z małym chłopcem. Uśmiechnąłem się sam do siebie i poprawiłem czapkę. Matka mojego syna usiadła na tej samej ławce, co zawsze, mały od razu pobiegł do piaskownicy. Postanowiłem, że dzisiaj do niej podejdę tylko jak. Przecież nie pójdę tak o. ‘Alexis myśl’ powtarzałem w myślach. I wtedy niespodziewanie pod moje nogi przykulała się mała piłka. Podniosłem ją i rozejrzałem się dookoła żeby zobaczyć, którego dziecka jest to piłka. Wtedy zobaczyłem małego Miguela biegnącego w moim kierunku.
- To Twoja piłka? – zapytałem.
- Taak. – powiedział z uśmiechem – Ładna prawda?
- Bardzo ładna. Lubisz grać w piłkę? – odpowiedział kiwając twierdząco główką.
- Miguel, nie przeszkadzaj Panu. Podziękuj ładnie i wracaj się bawić. – usłyszałem podwyższony głos Mire. ‘No Sánchez masz tą swoją okazje.’
- Dziękuję. – powiedział słodko i wziął piłkę.
- Nie przeszkadzał. Cześć Mire. – powiedziałem do dziewczyny.
- Alexis.. – powiedziała pod nosem – Co tu robisz?
- Chciałem porozmawiać. O Miguelu, o naszym synu. – odpowiedziałem, a ona prychnęła. – Ostatnio przegiąłem, wiem, ale proszę pogadajmy.
- Okej słucham. – powiedziała i usiadła na ławce obok mnie.
- Od małego wychowujesz go na cule? – zapytałem żeby trochę rozładować atmosferę.
- Zawsze, gdy widzi mecz w telewizji siada jak zaklęty i ogląda. Bywało tak, że nie drgnął przed całe 90 minut. Coś jednak ma z ojca.
- Chciałbym go poznać.
- Okej. Zostaniesz wujkiem Alexisem, a później zobaczymy.. – stwierdziła, a ja spojrzałem na nią lekko zdezorientowany. - Co tak na mnie patrzysz? Czego się spodziewałeś, że od razu będziesz kochanym tatusiem? O nie nie nie. To jest małe dziecko, ono nie rozumie jeszcze wszystkiego. Nie powiem mu po czterech latach, że tatuś pojawił się znikąd. Musi się do ciebie przyzwyczaić, polubić cię i zaakceptować, wtedy mu powiemy. Ale dopiero, gdy będzie na to gotowy i on i ty. I gdy ja na to pozwolę. Tym bardziej, że lubisz znikać i co bym mu powiedziała jakby tatusiowi się po miesiącu znudziło ojcostwo? Na to nie pozwolę.
- Rozumiem, postaram się być dla niego dobrym ojcem.
- Musimy już iść. Rodri na nas czeka. – zwróciła się do mnie – Migi, idziemy! Chodź szybciutko. – krzyknęła w stronę piaskownicy.
- Dobrze. Kiedy będę mógł się z nim spotkać? – zapytałem.
- Jutro, tutaj o tej samej godzinie. Cześć. – powiedziała, wzięła małego na ręce i poszli.

---------------------
Nowy rozdział specjalnie na zakończenie wakacji. Brak rozdziałów w zapasie przeraża mnie bardziej niż powrót do szkoły. Muszę coś szybko napisać, bo się rozleniwiłam ostatnio i nie tknęłam tego bloga. :/ Ale za to mam już pomysł na nowy blog i już trochę napisane, ale to dopiero jak skończę Perdóname, czyli jeszcze trochę, bo nawet w połowie tego opowiadania nie jesteśmy. :>
Mam prośbę, jak zacznę robić z tego prawdziwą telenowelę, która się ciągnie i ciągnie to mówcie od razu. Co do rozdziału, to nawet mi się podoba. jest taki inny, może dlatego, że widzimy to wszystko z perspektywy Sancheza. 

Dziękuję za komentarze (niektóre strasznie mnie rozbawiły) i czekam na więcej! <3
Miłego, ostatniego weekendu wakacji. 


Do następnego,
Ines ;**

niedziela, 24 sierpnia 2014

Pieprz się Sánchez.

Barcelona, marzec 2014


Kilkanaście dni później…

            Od mojej wizyty u Alexisa minęły prawie dwa tygodnie. Do tej pory się nie odezwał. W środowy wieczór siedziałam z Rodrigo w salonie i oglądaliśmy jakąś komedię. Migi słodko spał w sąsiednim pokoju wyczerpany dzisiejszą zabawą w przedszkolu i z dziećmi na placu zabaw. Nagle mój telefon rozdzwonił się, na wyświetlaczu pojawił się nieznany numer. Wstałam z kanapy i przeszłam do kuchni żeby nie zakłócać seansu braciszkowi.
- Słucham? – powiedziałam od razu, gdy odebrałam.
- Mire? To ja, Alexis. – odpowiedział mój rozmówca – Chciałbym się spotkać i porozmawiać.
- Gdzie i kiedy? – zapytałam.
- Jutro? W kawiarni ‘Iberia’ o 14? – odparł tym swoim czarującym głosem.
- Będę. Do zobaczenia. – zakończyłam rozmowę i wróciłam z powrotem do salonu. Rodri spojrzał na mnie z zaciekawieniem. – Alexis, jutro się wszystkiego dowiemy.
- Czyli mam odebrać małego?
- Mógłbyś? Bo nie jestem pewna czy zdążę.
- Wiesz, że dla tego malca wszystko. – uśmiechnął się – Tylko obiecaj mi, że jutro go nie pobijesz ani nie wpadniesz mu w ramiona.
- Obiecuję. Ten facet dla mnie już nie istnieje. – odparłam pewnie.
- I tego się trzymajmy. Mądra dziewczynka. – odpowiedział i zmierzwił mi włosy.
- Głupek. – dźgnęłam go łokciem w bok - Idę spać, dobranoc braciszku. – pocałowałam go w policzek i zniknęłam za drzwiami swojej sypialni.

            Następnego dnia piękne słońce przywitało Barcelonę. Pogoda była już wiosenna, wszystkie drzewa i krzewy puszczały zielone pąki. Ptaki znowu rano śpiewały. Umalowana, uczesana i ubrana w jasne jeansy, czarną bluzkę, cieliste szpilki lakierki, z kilkoma bransoletkami na ręce próbowałam obudzić Miguela. Nadaremno. Mój szkrab dzisiaj wyjątkowo nie chciał wyjść z łóżka. Próbowałam na wiele sposobów, gdzie go odkrywałam to zawijał się w pierzynę z drugiej strony.
- Misiu wstawaj, proszę. Spóźnimy się. – prosiłam synka. Po wielu próbach w końcu udało mi się go przekonać. – No zuch chłopak, załóż teraz buciki ja muszę spakować torebkę. - Wzięłam cielistą, dużą torbę i wpakowałam do niej najpotrzebniejsze rzeczy. Na korytarzu zarzuciłam na Migiego granatową kurteczkę. Sama ubrałam gołąbkową skórę i wyszliśmy z domu.
W pracy nie mogłam się na niczym skupić. Cały czas myślałam o nadchodzącym spotkaniu z Alexisem. Minuty tego dnia płynęły bardzo wolno, po czterech godzinach siedzenia w pracy byłam już wykończona. Około godziny 13 wyszłam z niej żeby ze spokojem dojechać prawie na drugi koniec miasta. Samochód zaparkowałam nieopodal, weszłam do malutkiej kawiarni na rogu. Beżowe ściany, duże okna i ciemnobrązowe meble.
 Przy jednym stoliku siedział Chilijczyk, ubrany w granatowy, gruby sweter i ciemne jeansy. Gdy zbliżyłam się do stolika Alexis podniósł się z krzesła i uśmiechnął.
- Hej. Cieszę się, że przyszłaś.
- Cześć. – odpowiedziałam i usiadłam naprzeciw Chilijczyka. – Chciałeś porozmawiać, więc słucham.
- Dlaczego teraz? Minęło tyle lat.. W ogóle jak mnie znalazłaś?
- Detektywi, po dwóch dniach miałam już twój dokładny adres i plan dnia. Dlaczego teraz? – prychnęłam – Wcześniej nie byłabym w stanie spojrzeć ci w twarz. Wywróciłeś moje życie do góry nogami. Musiałam przerwać studia, bo urodził się Migi, musiałam radzić sobie sama. Nie było cie, w dupie miałeś to, co się ze mną działo. Przeszłam załamanie nerwowe. Przez Ciebie. – mocno zaakcentowałam ostatnie zdanie. Alexis nic nie odpowiedział, kilka razy układał usta żeby coś powiedzieć, ale nie mógł wydusić z siebie słowa. – Domyślam się, że jeżeli zadzwoniłeś to podjąłeś już decyzje. – powiedziałam oschle.
- Zawsze taka jesteś? – zapytał.
- Jaka?
- Zimna i oschła. Kiedyś taka nie byłaś.
- Tylko w stosunku do ludzi, którzy na to zasługują. – uśmiechnęłam się - Byłam inna, to prawda, ale życie nauczyło mnie czegoś. Za łatwo ufałam ludziom, a oni to wykorzystywali. To Migi nauczył mnie twardo stąpać po ziemi. – Nastała cisza, Sánchez nic nie mówił, po chwili dostrzegłam jego zapatrzenie w kelnerkę. Wtedy  zapytałam sarkastycznie, bo wiedziałam, że mnie nie słucha – Nasza córeczka ma na imię Raquel i ma dziesięć lat, prawda?
- Tak, tak – odpowiedział z głową w chmurach Sánchez.
- Idź się z nią umów na wieczór, po co szukać wieczorem jakiejś seksownej laseczki jak tu taka piękna kandydatka. Zresztą, po co na wieczór, od razu idź ją przelecieć. Tylko tyle potrafisz. – mówiłam podniesionym głosem, wtedy Alexis wrócił do żywych - Przestań mi dupe zawracać. To nie ma sensu, to był zły pomysł. Zapomnij o tym spotkaniu i o tym, że masz syna. Jesteś pieprzonym egoistą zakochanym w sobie. Nie zasługujesz na miano ojca Miguela. – krzyknęłam. Wstałam od stolika, wzięłam do ręki torebkę – Cześć. – rzuciłam i wyszłam z kawiarni. Po chwili usłyszałam głos piłkarza. Zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę.
- Może to nie jest moje dziecko? Może po moim wyjeździe poszłaś na imprezkę, bzyknęłaś się z pierwszym lepszym i teraz chcesz mnie wrobić w ojcostwo? – powiedział z szyderczym uśmiechem. Nie wytrzymałam, zrobiłam kilka kroków w jego stronę i uderzyłam go w twarz.
- Pieprz się Sánchez! – krzyknęłam, a Chilijczyk chwycił się za policzek. Wyjęłam z torebki smoczek Migiego i ze złością podałam mu go. – Zrób badania. Będziesz mieć wszystko na papierze. Żegnam. – odwróciłam się od zdziwionego piłkarza. Przeszłam na drugą stronę ulicy, otworzyłam samochód i odjechałam.

***

            Wściekła wróciłam do mieszkania, torebkę i kurtkę rzuciłam w kąt i położyłam się na kanapie. Musiałam się uspokoić, za chwilę powinien wrócić Rodrigo z Migim, a ja najchętniej wydrapałabym komuś oczy. Wzięłam pilota od wieży do ręki i włączyłam płytę Bruno Marsa, pogłośniłam najgłośniej jak się dało. Przyjemne brzmienie zagłuszało moje myśli. Gdy płyta zbliżała się ku końcowi, a ja śpiewałam piosenkę ‘Old & Crazy’ usłyszałam krzyk Rodriego.
- MÍRE, WYŁĄCZ TO! Ogłuchnąć można. – wziął pilota i wyłączył urządzenie. – Zgłupiałaś? – zza mojego brata wyszedł Migi, z ogromnymi grochami łez w oczach. Kucnęłam przed nim i wyciągnęłam ręce.
- Chodź do mamusi. Nie płacz skarbie, nic się nie stało. – przytuliłam do mocno.
- Przestraszyłaś go. Co Cię opętało? – zapytał wściekły Rodrigo.
- Zamknij się. Nic mnie nie opętało. Czy ty zawsze musisz się wszystkiego czepiać? Nie jestem już małą dziewczynką, nie mam 10 lat. Nie trzeba się mną zajmować. – puściłam małego, a ten pobiegł do swojego pokoiku.
- A kto jeszcze 4 lata temu potrzebował opieki? Ty nie radziłaś sobie z życiem. Byłem na każde Twoje zawołanie. Znosiłem Twoje wahania nastrojów, stany depresyjne, krzyki po nocach.
- Kto Ci kazał? Kto? Ja nie. Trzeba było mnie tak zostawić. Wylądowałam bym w psychiatryku i wtedy może byłbyś szczęśliwy.
- Przeginasz.
- No tak, bo przecież to ja wpadłam w wieku 20 lat z piłkarzyną zapatrzoną w sobie. Masz racje, ty jesteś idealny.
- Nie wiem, co powiedział Ci dzisiaj ten Twój piłkarzyk, ale nie poznaje Cie. Pewnie wyparł się Migiego, zgadłem? – nic nie odpowiedziałam, a Rodrigo zaśmiał się pod nosem – Wiedziałem.
- Daruj sobie. Nie chce i nie będę na ten temat rozmawiać.
- Święta Míre znowu ucieka od problemów. Powinienem się do tego przyzwyczaić. – pokręciłam głową, poszłam na korytarz, założyłam buty, płaszcz, wzięłam torebkę do ręki.
- Wychodzę. Zajmij się Miguelem. – powiedziałam i wyszłam z mieszkania.

            Błąkałam się bez celu uliczkami Barcelony, w końcu wylądowałam w jakimś barze. Siedziałam i popijałam kolejne już mojito. Z Rodrigo nie kłócimy się prawie w ogóle, ale jak już do tego dojdzie to tak konkretnie. Byłam zła na Alexisa, na Rodriego, na siebie.
- Jestem beznadziejną matką. – mówiłam sama do siebie – Ojciec wyparł się mojego syna, będzie wychowywał się bez taty. Przestraszyłam go dzisiaj, musiał wysłuchiwać mojej kłótni z bratem i zamiast zostać w domu i mu to jakoś wynagrodzić to siedzę i upijam się. Świetnie. – przysiadł się do mnie jakiś starszy facet zalany w trupa.
- Hej mała, zabawimy się jakoś? – zapytał zachrypniętym głosem.
- Odwal się człowieku. – powiedziałam, a mężczyzna powiedział coś pod nosem i odszedł.
- Z takimi to trzeba twardo. Gratuluje. – odezwała się siedząca obok mnie blondynka. – Jessica. – podała mi rękę.
- Míre. – znowu bawiłam się słomką od drinka. Po chwili dziewczyna zaczęła rozmowę. Miała na sobie jasne jeansy, czarną koszulę i różowe szpilki na nogach. Końcówki jej włosów były zakręcone na lokówce, zrobiony miała lekki makijaż. Wyglądałam bardzo ładnie. Po jakimś czasie barman postawił kolejne mojito dla mnie i margarite dla Jessici.
- To co, pijemy za dupków, którzy nas zostawili? Bo obstawiam, że to z jego powodu tu jesteś. – powiedziała.
- Taa. Za dupków. – ze śmiechem stuknęłyśmy nasze kieliszki.
- Wyobrażasz sobie, że przyjechałam dla niego aż ze Stanów? A gdy poszłam do jego mieszkania nakryłam do z jakąś grubą dupą? Minę miał przednią jak mnie zobaczył. Ładną niespodziankę mu zrobiłam, nie sądzisz? – powiedziała ze śmiechem.
- Oj tak. Faceci to dranie. Jeden mi dzisiaj powiedział, że wrabiam go w ojcostwo, a mój brat wypomniał mi, jaki to on był troskliwy, gdy przechodziłam załamanie nerwowe.
- Jesteś w ciąży? – zapytała ze zdziwieniem.
- Nie. – zaczęłam się śmiać – Mój syn ma prawie 4 latka. Dzisiaj spotkałam się z jego ojcem po 5 latach.
- I wszystko jasne. Idioci. Wszyscy są tacy sami. – pokręciła głową – Kelner, jeszcze raz to samo.
            Nie wiem ile wypiłam tamtego wieczora. Siedziałyśmy z Jessicą i prosiłyśmy o kolejne drinki, ale w pewnym momencie barman powiedział ‘Dość’. Po północy wyszłyśmy z baru, obie ledwo trzymałyśmy się na nogach. Żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo wywrotki zdjęłam szpilki i szłam boso. Po pewnym czasie Jess zrobiła to samo. Na skrzyżowaniu musiałyśmy się rozstać, ja skręcałam w prawo, amerykanka w lewo do swojego hotelu.
- Moje życie jest była jednak w Nowym Jorku. Tam będę szukać miłości. – zaczęła się śmiać – O czym ja mówię? Miłość nie istnieje. Samolot mam za dwa dni. Życzę Ci kochana wszystkiego dobrego, dużo uśmiechu i pociechy z Twojego malucha. Ucałuj go ode mnie.
- Oczywiście Jess. Odezwij się czasami. Tobie też najlepszego. – przytuliłam ją i skierowałam się w stronę domu. 

------------------------------
I nowy rozdział już jest. :3 Z góry przepraszam, że zrobiłam z Alexisa takiego dupka, ale musiałam no. Przecież nie mogło być tak, że od razu będą szczęśliwą rodzinką. ;) Dziękuję za piękne komentarze i 2200 wyświetleń. 
Do następnego,
Ines ;***




Echamos de menos :c

piątek, 15 sierpnia 2014

La verdad.

Barcelona, luty 2014

                Siedziałam w kawiarni w centrum, niedaleko przedszkola Miguela. Za 10 minut miałam umówione spotkanie z detektywem. Dzwonił rano z wiadomością, że poustalał już wszystko, co miał. Popijałam kawę, gdy w pomieszczeniu zjawił się pan Rodriguez. Starszy mężczyzna w okularach, z widoczną siwizną wśród czarnych włosów.
- Dzień dobry pani Briseño. – uśmiechnął się i podał mi rękę – Mam wszystko, o co Pani prosiła.
- Dzień dobry, bardzo się cieszę. Proszę usiąść.

- Przyznam, że Pani zlecenie było wyjątkowe. Pan Sánchez, jak Pani dobrze wie, gra w FC Barcelonie, codziennie ma treningi w ośrodku treningowym. Udało mi się ustalić jego godziny pracy. Wieczorami odwiedza on kluby, najczęściej RAZZMATAZZ, OPIUM, CATWALK i LA TERRRAZZA. Idzie tam około godziny 22 może 23, wychodzi koło 3. Zazwyczaj z jakąś Panią przy boku. Pan Sánchez nie jest w stałym związku, bardziej chodzący playboy. Co tu jeszcze? Aha już wiem. Mieszka on przy Carrer de Llull 238. W teczce ma Pani zdjęcia, plan dnia i dokładny adres. Wydaje mi się, że to wszystko.

- Dziękuję, naprawdę bardzo Panu dziękuję. Pieniądze już przelałam na konto. – uśmiechnęłam się.

- Powiem Pani, że nigdy jeszcze nie śledziłem piłkarza. Na długo zapamiętam tą sprawę. Niestety muszę już iść, nowe zlecenie czeka. Dziękuję za współpracę. Do widzenia.

- Do widzenia. – powiedziałam i detektyw Rodriguez wyszedł z kawiarni. Szczęśliwa, że mam to, czego chciałam upiłam resztkę kawy i pojechałam po Migiego do przedszkola.

***

                Późnym popołudniem, gdy mój synek bawił się zabawkami do domu wrócił Rodrigo. Ubrany w elegancki, granatowy garnitur, a na wierzch szary płaszcz. Ostatnie dni w Barcelonie były bardzo pochmurne, co chwile padało wiał silny wiatr.

- Wróciłem, przepraszam, że tak późno, ale spotkanie mi się przedłużyło. – powiedział, gdy wszedł do kuchni gdzie przygotowywałam obiad. – Hej siostra. – pocałował mnie w policzek.

- Hej braciszku. Kolacja zaraz będzie gotowa.

- To świetnie, bo głodny jestem. Pójdę się tylko przebrać. – powiedział i skierował się do Migiego – Cześć szkrabie, jak było w przedszkolu? – pogłaskał go po ciemnych włosach.

- Dobrze. Bawiłem się z Rafą. – odpowiedział z uśmiechem.

- Super. – skomentował Rodrigo i poszedł do swojego pokoju.

                Siedzieliśmy przy stole i zajadaliśmy się zrobioną przeze mnie zapiekaną. Rodri opowiadał, co słychać w pracy, mówił, że rodzice dzwonili z Kanady. Przenieśli się tam niedawno z Dominikany. Odkąd podróżują po świecie minęło już 7 lat, w Hiszpanii są na święta w grudniu i na początku wakacji. Łącznie kraju są z miesiąc. Jest to akurat czas między przeprowadzkami. Od stycznia do czerwca mieszkają tu, a od lipca do grudnia tam. Były już Chiny, Australia, Brazylia, Włochy, Kolumbia, Anglia, Katar, Japonia, Nowa Zelandia, Niemcy, Dominikana i teraz Kanada. Co jakiś czas dzwonią, pytają się, co u mnie, Migiego, Rodriego, jak życie i tak dalej? Miguela poznali dopiero, gdy ten miał siedem miesięcy. Wcześniej nie mieli czasu żeby przyjechać zobaczyć swojego wnuka. Byłam na nich strasznie wściekła, nigdy nie miałam nic przeciwko ich wprawą po całym świecie. Ale czasami zachowują się jak nieodpowiedzialne nastolatki.

- Jak w pracy? Cały dzień zdjęcia robiłaś? – zapytał mój braciszek.

- Niekoniecznie. Pokaże Ci coś. – wstałam i wyjęłam z torebki teczkę, którą dostałam od detektywa. – Otwórz. – powiedziałam podając mu ją. Rodri spojrzał na mnie z zaciekawieniem i  zrobił o co prosiłam. Przeglądał wszystko bardzo dokładnie, po chwili milczenia powiedział

- I co zamierzasz z tym zrobić? Chcesz pojechać do niego i co? Wpaść mu w ramiona? Przecież to chodzący łajdak wyrywający panienki na jedną noc. – powiedział podwyższonym głosem.

- Przestań. Najwyższy czas żeby dowiedział się, że ma syna. Niedługo Miguel zacznie pytać o ojca i co mu powiem?

- Że Cię zostawił i że nie zasługuje na was. – odpowiedział całkiem poważnie.

- Chce żeby mały miał ojca. Zrozum… – westchnął – Muszę teraz to przemyśleć, jak i kiedy go poinformować. Zobaczymy. I nie denerwuj się już. Będzie dobrze.

***

Miesiąc później…

Po wczorajszej, długiej rozmowie z Rodrigo zdecydowaliśmy, że dzisiaj pojedziemy do Alexisa. Tego dnia nie poszłam do pracy, cały dzień zastanawiałam się, co mu powiem. Żeby rozładować nerwy, po powrocie z przedszkola poszłam na siłownie. Dało mi to jakąś dodatkową siłę. Dość wcześnie odebrałam Migiego, zrobiłam mu obiadek i czekaliśmy na mojego starszego brata. Gdy mały bawił się samochodzikami w salonie, poszłam się odświeżyć. Wzięłam zimny prysznic, wymalowałam się, założyłam jeansy i beżową koszulę. Najpotrzebniejsze rzeczy włożyłam do brązowej torebki Michaela Krosa, którą kupiłam sobie na urodziny. Zawsze o takiej marzyłam. Godzinę po powrocie Rodrigo do domu zaczęliśmy szykować się do wyjścia. Przebrałam Migiego w ciemne jeansy, białą koszulkę z dinozaurem i czerwone conversy.

- Jesteś pewna, że tego chcesz? – zapytał Rodri biorąc Migiego na ręce.

- Nigdy nie będę tego pewna. Ale później zabraknie mi odwagi. Jak nie dzisiaj to nigdy. – uśmiechnęłam się do niego i zwróciłam się do synka – Migi, pojedziemy teraz w jedno miejsce, mamusia musi z kimś porozmawiać, dobrze?

- Tak. – dopowiedział i uśmiechnął się.

- Załóż mu ją. – poprosiłam Rodrigo podając mu granatową kurteczkę małego. Sama założyłam beżowy płaszcz z jasnym futrem wokół szyi. Gotowi wyszliśmy z domu i wsiedliśmy do samochodu.


***


                Zapukałam do dużych, dębowy drzwi. Po chwili otworzył mi je ten sam, uśmiechnięty od ucha do ucha, niesamowicie przystojny facet, którego poznałam kilka lat temu.
- Alexis… - wyszeptałam na jego widok.
- Tak to ja, Alexis Sánchez, bardzo mi miło.  W czym mogę pomóc pięknej Pani? – zapytał z błyskiem w oku.
- Nie poznajesz mnie, prawda?
- A powinienem? – odpowiedział zdziwiony.
- Tak. Pamiętasz wakacje we Francji, w lipcu 2009 roku? – na te słowa jego mina zupełnie się zmieniła. Wyrażała ciekawość i niepewność.
- Míre? – zapytał, a ja przytaknęłam. – Tyle lat… Co tu robisz?
- Uznałam, że powinieneś kogoś poznać. Miguel chodź do mamusi. – powiedziałam patrząc w głąb korytarza. Po chwili podbiegł do mnie mój mały skarb i wspiął się na moje ręce. – To jest Miguel. Nasz syn. – mówiłam spoglądając na piłkarza. Alexis nic nie odpowiedział, jego oczy nie mówiły nic. Stał oparty o framugę i patrzył się na nas swoimi czekoladowymi oczami. – Synku, biegnij do wujka, mama zaraz przyjdzie tylko jeszcze chwilkę porozmawia.  – powiedziałam odstawiając Miguela na ziemię. – Alexis, wiem, że jest to dla Ciebie szok. Nie chcę Ci niszczyć życia. Chociaż teraz pewnie to robię. Ale ty moje zniszczyłeś prawie 5 lata temu, więc chyba jesteśmy kwita. Nie oczekuję, że stworzymy teraz kochającą rodzinę. Jeżeli zechcesz, jestem gotowa zrobić testy na ojcostwo. Nie oczekuję od Ciebie niczego. Nie chcę pieniędzy, dajemy sobie radę. Po prostu chciałam żebyś wiedział, że stąpa po ziemi Twój syn, że jest na nim cząstka Ciebie. To jest mój numer, jeżeli będziesz chciał się spotkać z Migim, poznać go to zadzwoń. Jeżeli nie, to zapomnij, tak jak pięć lat temu. – powiedziałam podając mu wizytówkę. - Tylko pamiętaj, jeśli się zdecydujesz zaistnieć w jego życiu to nie pozwolę Ci z niego zniknąć tak jak z mojego. Nie pozwolę Ci go skrzywdzić. Nie pozwolę… – skończyłam swój monolog i ruszyłam w kierunku windy. Usłyszałam tylko dźwięk zamykających się w drzwi. Przy windzie czekał na mnie Rodrigo z Miguelem. Przytuliłam mocno do siebie mojego skarba, spojrzałam na Rodrigo a ten posłał mi potrzepujące spojrzenie.
- Mam to już z głowy. Czuję się wolna, teraz decyzja należy już tylko do niego.
- Chodź siostra, wracamy do domu. Dość wrażeń jak na jeden dzień. – powiedział.
- Mamí? Te quiero mucho. – powiedział słodko Miguel i dał mi buziaka.

- Ja też Cię kocham synku. Bardzo mocno, najbardziej na świecie. Jesteś tylko mój. Nie pozwolę Cię skrzywdzić, nikomu.

-----------------------------------

I jestem już po obozie i mamy nowy rozdział. ;) Krótki, końcówka jest prologiem i tak dalej, ale musiałam to jakoś wpleść. Zmartwiła mnie trochę mała liczba komentarzy pod poprzednim rozdziałem, ale mam nadzieję, że jest ona spowodowana brakiem czasu u was z powodu wakacji, a nie dlatego że już wam się nie podoba ta historia. :c 
A jak wam mijają wakacje? ;3


Do następnego,
Ines ;*

czwartek, 31 lipca 2014

Desesperación

Barcelona, sierpień 2009

            Obudziły mnie promienie słoneczne świecące mi prosto w oczy. Kilka razy pomrugałam i zobaczyłam postać siedzącą na brzegu mojego łóżka. Miałam nadzieję, że to Alexis, lecz po chwili okazało się, że jest to mój braciszek. Był smutny i lekko podenerwowany, a wynikało to z tego, że zacięcie obgryzał skórki od paznokci.
- Siostra, nie wiem, co tu robisz i chyba boję się zapytać. – powiedział gdy zobaczył, że się obudziłam.
- Wróciłam szybciej. – odpowiedziałam krótko bez żadnych emocji. Nie chciałam mu streszczać ostatnich dni mojego życia. Wstałam z łóżka i skierowałam się do kuchni żeby zrobić sobie kawę. Spojrzałam na zegarek, było już dawno po dziesiątej. Rodri od prawie dwóch godzin powinien być w pracy. – A ty nie w robocie?
- Wziąłem wolne. To przez niego wróciłaś prawda? Skrzywdził Cię? – stał w progu kuchni i przyglądał się każdemu mojemu ruchowi. Czułam, że łzy znowu napływają mi do oczu. Ręce zaczęły mi się trząś, odłożyłam kubek na blat i zrobiłam kilka kroków w stronę Rodrigo i mocno go przytuliłam. W palcach zaczęłam ugniatać jego koszulkę, a łzy powoli tworzyły mokrą plamę na popielatym materiale. – Cichutko… Uspokój się i spójrz na mnie. – powoli uniosłam głowę – Nie płacz. – starł łzę z mojego policzka. – Co ten drań ci zrobił? 

- Zostawił mnie… Wyjechał bez słowa.. – powiedziałam łamiącym się głosem. Rodri nic nie odpowiedział tylko mocniej mnie przytulił. – Nie mam już siły rozumiesz? Kocham go, tak bardzo go kocham.. Nie potrafię wyobrazić sobie życia bez niego. Przy nim czułam się bezpiecznie, czułam się najpiękniejsza i najważniejsza. – mówiłam, a łzy spływały po moich policzkach i szyi. – Pieprzone Saint-Tropez, pieprzone Chile, pieprzeni Chilijczycy! – krzyczałam uderzając brata po klatce piersiowej.
- Mire, to co powiem uznasz za największa głupotę. I pewnie powiesz, że nie mam pojęcia co czujesz. Może i masz rację, ale jesteś moją małą siostrzyczką i nie pozwolę Cię skrzywdzić, nikomu. – wyraźnie zaakcentował ostatnie słowo. – Musisz o nim zapomnieć. Wymaż go ze wszystkich wspomnień. Nie myśl o nim. Zostaw go w Saint-Tropez i wróć do dawnego życia w Barcelonie.
- Rodri, ale ja nie potrafię.
- Potrafisz. To trochę potrwa, ale dasz radę, bo jesteś silna. – uśmiechnął się delikatnie – A teraz to połknij i wypij, uspokoisz się trochę. – podał mi kubek z jakimś napojem i dwie tabletki.

***

Rodrigo się mylił, nie jestem silna, nie potrafię zapomnieć o Alexisie. Może nie chcę? Całe dni siedzę w domu i wpatruję się tępo w ścianę. Najcichszy dźwięk mnie drażni. Braciszek codziennie szprycuje mnie tabletkami uspokajającymi i nasennymi. Każdej nocy budzę się zapłakana z krzykiem. Z domu nie wychodzę, bo po co? Widzę jak Rodriemu brakuje już sił i pomysłów na przywrócenie mnie do życia. Już kilka razy próbował przekonać mnie do wizyty u psychologa, uważa, że tam mi najlepiej pomogą. Stara się być opanowany i nie krzyczeć na mnie, ale pewnego dnia nie dało się już inaczej.

Leżałam w pokoju wpatrzona w sufit, a Rodrigo w kuchni przygotowywał obiad i słuchał radia. Nagle usłyszałam naszą piosenkę, „High” Jamesa Blunt’a. Wpadłam w szał połączony z histerią, zaczęłam krzyczeć. Wbiegłam do kuchni i próbowałam wyłączyć urządzenie. Żaden guziczek nie działał, chwyciłam radio i zrzuciłam je z półki. Gdy leżało na podłodze zaczęłam w nie kopać. Po chwili było już tylko kupą plastiku i kabelków. Z bezsilności położyłam się na podłodze obok niego i zaczęłam płakać.
- Co Ci to biedne radio zrobiło? Mire, ty musisz się leczyć. Ja już nie mam siły na Ciebie. Próbuję Ci pomóc, ale nie potrafię! – krzyczał. Spojrzałam z przerażeniem na niego. – Przepraszam. – wyszeptał. Wstałam i pobiegłam do swojego pokoju, po drodze z hukiem zamykając drzwi.

***

            Kolejny dzień siedziałam na kanapie i wpatrywałam się w pusty kąt. Czułam się nikim. Zostawił mnie samą, bez słowa wyjaśnienia. Została mi po nim jedynie kartka i jedno zdjęcie. Nadal go kocham, wiedziałam, że nastanie moment, w którym będziemy musieli się rozstać. Ja musiałam wrócić do Barcelony, on do Udine. Ale to nie tak miało wyglądać. Cierpiałam, strasznie cierpiałam. Wraz ze zniknięciem Alexisa umarła cząstka mnie. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz się uśmiechałam. Mój dzień był jedną, wielką rutyną. Wstawałam, ubierałam się w stary dres, jadłam śniadanie, siadałam na kanapie, oglądałam telewizje, wieczorem znowu coś jadłam i szłam spać. Nie raz Rodrigo próbował wyciągnąć mnie na miasto, na zakupy, na imprezę. Jednak nie miałam na to siły. Nie byłam gotowa na kontakt ze światem zewnętrznym. Po wielu próbach przekonał mnie żebym poszła do psychologa. Byłam już po dwóch sesjach.  Mam wrażenie, że w ogóle mi nie pomagają, wręcz przeciwnie znowu muszę to wszystko sobie przypominać. Chodzę tam tylko dla Rodriego.
- Mire, musze jechać na chwilę do pracy, później podjadę jeszcze po zakupy. Kupić ci coś? – zapytał.
- Nie, nic nie potrzebuję. – odpowiedziałam wpatrując się w krajobraz za oknem.
- Siostra wróć do nas. Nie zamykaj się w sobie. On nie jest wart tych łez. Chcę znowu zobaczyć moją szczęśliwą, uśmiechniętą, silną Mire, która zniknęłam wraz z wyjazdem do Francji. Zamknij ten rozdział i zacznij następny, bez niego. Spróbujesz? – zapytał przytulając mnie. Potrząsnęłam tylko twierdząco głową.
Rodri wyszedł, a mi po chwili zrobiło się nie dobrze. Pobiegłam do łazienki i zwymiotowałam. Blada spojrzałam w swoje odbicie w lustrze. Wyciągnęłam z szafki kalendarzyk i usiadłam na brzegu wanny.  Zaczęłam liczyć dni, okres spóźniał mi się ponad dwa tygodnie, do tego jeszcze te mdłości. ‘Przecież ja nie mogę być w ciąży’ pomyślałam.  Schowałam twarz w dłonie i znowu zaczęłam płakać. Byłam przerażona. Postanowiłam udać się do lekarza jeszcze dzisiaj. Doprowadziłam się do porządku. Umalowałam się, ułożyłam włosy. Założyłam jeansowe krótkie spodenki, luźny beżowy top i tego samego koloru sandałki. Na szyi zawiesiłam długi naszyjnik z piórkiem, a na nadgarstku bransoletkę. Na kartce napisałam ‘Będę wieczorem. M.’ i zostawiłam kartkę na stole w kuchni. Wzięłam torebkę, okulary przeciwsłoneczne i wyszłam z domu. Było dzisiaj strasznie gorąco, słońce mocno świeciło, wiatr w ogóle nie wiał. Postanowiłam złapać taksówkę, ponieważ o tej godzinie w metrze będzie straszny tłok. Dojechałam po klinikę, pielęgniarka powiedziała mi, że muszę chwilę poczekać. Usiadłam w poczekali, jednak długo nie musiałam oczekiwać mojej lekarki. Dziesięć minut później byłam już w gabinecie. Doktor González zrobiła mi badanie  
\USG i powiedziała po chwili:
- Gratuluję, jest Pani w ciąży.
- Co? – zapytałam z niedowierzaniem.
- To trzeci tydzień. Proszę spojrzeć tutaj, – pokazała na ekran – ta mała rodzynka to jest Pani maleństwo. – powiedziała z uśmiechem, a mi łza spłynęła po policzku. - Proszę nie płakać. Wszystko będzie dobrze. – starła żel z mojego brzucha i dodała – Widzimy się za trzy tygodnie. Do zobaczenia.
- Dziękuję. Do widzenia.
Przez kolejne godziny błąkałam się uliczkami Barcelony. Miałam rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu, bez Alexisa. To już nigdy nie będzie możliwe, jego cząstka zawsze będzie przy mnie. Moje maleństwo będzie mi zawsze o nim przypominać. Kiedyś marzyłam o wspaniałym mężu i gromadce dzieci, ale to wszystko miało dziać się później. Mam 20 lat, nieskończone studia, i ojcem mojego dziecka jest facet, który zostawił mnie bez słowa wyjaśnienia. Świetnie. Z rozmazanym makijażem przekręcałam klucz w zamku do mieszkania.
- Jesteś, już się martwiłem. Kolacja prawie gotowa. – zawołał Rodrigo. Stanęłam w progu kuchni i spojrzałam smutno na mojego brata. Ten odwrócił się, gdy tylko mnie zobaczył rzucił krojenie papryki i podszedł do mnie. – Co się stało? Gdzie byłaś? – na te słowa znowu wybuchłam płaczem i przytuliłam się do Rodriego.
- Nigdy o nim nie zapomnę. Nigdy nie zamknę tego rozdziału. Nie teraz, gdy… - umilkłam.
- Mire spójrz na mnie. – poprosił i podniósł mój podbródek.
- Jestem w ciąży. – wyszeptałam. Rodrigo nic nie odpowiedział tylko mnie mocno przytulił. – Będziesz wujkiem.
- Spokojnie. Damy sobie radę. Pomogę Ci. Nie możesz się teraz denerwować, słyszysz?
Wiele razy myślałam, że jest już dobrze, że daję sobie radę z tą całą sytuacją, ale tak nie jest. Chciałabym przestać go kochać, ale nie potrafię. Tęsknie za nim, za jego uśmiechem, za jego zapachem, za jego żartami i niespodziankami, ale nienawidzę go za to, że mnie zostawił, że jestem teraz sama, że mój mały skarb będzie się wychowywał bez ojca.

***


       Dokładnie dziewięć miesięcy później, 8 kwietnia 2010 roku na świat przyszedł Miguel Sánchez Briseño.  Był przecudowny, najpiękniejszy, MÓJ. Był moim małym skarbem, wokół którego kręcił się teraz cały mój świat. Im robił się starszy tym stawał się coraz bardziej podobny do Alexisa. Migi miał jego oczy, tak samo ciemne i hipnotyzujące. Wychowywałam go sama z wielką pomocą Rodrigo. Wiem, że bez niego nie dałabym sobie rady. 

------------------------

Wróciłam i jutro znowu wyjeżdżam, masakra. Człowiek nie ma czasu nic zrobić w związku z blogiem. :/ Napisanych rozdziałów do przodu mi ubywa a ja czasu na pisanie nowych nie mam. :< Mam nadzieję, że jak wrócę za dwa tygodnie to będzie tego czasu aż za dużo. Ale wracając to rozdziału... No i mamy buuum. Mire w ciąży. ;) Dzisiejszy rozdział jest ostatnim rozdziałem który dzieje się w przeszłości. Następny będzie już normalnie w 2014 roku. Bardzo dziękuję za przepiękne komentarze. <3 Jesteście kochane. Kolejny rozdział za dwa tygodnie, chyba że uda mi się jakoś dodać na obozie. Wasze blogi postaram się nadrobić w najbliższym czasie, obiecuje. 


Marcuś, na żywo jesteś jeszcze przystojniejszy niż na zdjęciach i w telewizji. Dziękuję ;*

Do następnego,
Ines ;*

środa, 23 lipca 2014

Pedir disculpas A.

Saint-Tropez,  lipiec 2009

            Była noc, leżeliśmy z Alexisem na plaży. Morze szumiało, gwiazdy i księżyc jasno świeciły. Mimo ciepłej nocy miałam gęsią skórkę. Pewnie, dlatego że miałam na sobie tylko krótką bluzkę z koronki i długa, plisowaną, seledynową spódnice do kostek. Na szczęście siedziałam wtulona w Alexisa, który próbował mnie rozgrzać.
- O czym tak myślisz? – zapytał po chwili.
- Za trzy dni mamy samolot, ty do Udine, ja do Barcelony. Nie chcę się z tobą rozstawać. – powiedziałam spoglądając na niego.
- Ja też nie chce. – odpowiedział, przegarnął moje włosy i zapytał - Widzisz ten księżyc? – wskazał na naturalną satelitę Ziemi, a ja pokiwałam twierdząco głową. – Gdziekolwiek jesteśmy zawsze patrzymy na ten sam księżyc, więc za każdym razem jak na niego spojrzysz pomyśl, że ja siedzę po jego drugiej stronie i też na niego patrzę. – spojrzałam na niego i delikatnie go pocałowałam. – Jesteś najlepszą rzeczą, jaka mnie ostatnio spotkała. Jesteś najwspanialsza, najpiękniejsza, po prostu najlepsza, Moja. Kocham Cię.
- Ja też Cię kocham. – odpowiedziałam patrząc mu w oczy. Czułam, że łzy szczęścia napływają mi do oczu. Znałam go niecałe dwa tygodnie, a nie widziałam poza nim świata. Był moim ideałem, z którym za kilka dni miałam się rozstać. Nie wiem jak to przeżyję.
- Nie płacz. – uśmiechnął się i namiętnie mnie pocałował. – Kiedyś zamieszkamy razem. Będziemy żyć obok siebie. Każdego dnia będziemy zakochiwać się w sobie na nowo. Będziemy coraz lepiej się poznawać. Będziemy się kochać, czasem nie lubić, kłócić i godzić. Będziemy budzić się obok siebie każdego ranka, ciesząc się swoją obecnością. Będziemy ze sobą w najtrudniejszych chwilach, wspierając się nawzajem. Będziemy płakać i śmiać się, a kiedy będzie trzeba milczeć. Nieważne, co będziemy robić. Ważne, że razem.
- To łzy szczęścia, że Cię mam. Kocham Cię. – przytuliłam się mocno do niego, oparłam głowę o jego klatkę piersiową i wsłuchiwałam się w dźwięk jego bijącego serca.

                Leżeliśmy w łóżku przykryci tylko cienkim prześcieradłem, z głową opartą na jego klatce piersiowej wsłuchiwałam się w jego szybko bijące serce. Alexis obejmował mnie ramieniem i oplątywał sobie moje włosy wokół palców.
- Będę za Tobą strasznie tęsknić. Pamiętaj, że bardzo Cię kocham. – powiedział szeptem.
- To brzmi jak pożegnanie. – delikatnie się podniosłam i spojrzałam na niego.
- Ciii. Śpij już. – pocałował mnie w czoło.
- Kocham Cię. – odpowiedziałam i wtulona w piłkarza zamknęłam oczy.

                Obudziły mnie promienie słoneczne wpadające przez okno do mojego pokoju. Pomrugałam kilka razy i otworzyłam oczy. Spojrzałam na poduszkę obok, była pusta. Ze zdziwieniem podniosłam się na łokciach i rozejrzałam po pokoju.
- Alexis? – zawołałam. Odpowiedziała mi głucha cisza. Postanowiłam sprawdzić w łazience, wstałam z łóżka i zajrzałam do sąsiedniego pokoju. Niestety tam również nie było piłkarza. – Alexis? – powtórzyłam wołanie. Nigdzie nie było jego rzeczy. Przez chwilę zastanawiałam się gdzie może być Chilijczyk. Pomyślałam, że może chciał mi zrobić niespodziankę i poszedł po śniadanie dla nas. Usiadłam na brzegu łóżka i głęboko westchnęłam. Wzięłam do ręki telefon i wykonałam połączenie do Sáncheza, niestety włączyła się sekretarka. Spojrzałam na szafkę nocną, zobaczyłam opartą o lampkę nocną kartkę złożona na pół. Wzięłam ją do ręki i rozłożyłam. W środku znajdowało się tylko krótkie „Przepraszam. A.”.

Do oczu momentalnie napłynęły mi łzy. W kółko czytałam to jedno zdanie. To niemożliwe. On nie mógłby tego zrobić. Powtórnie wykręciłam numer Alexisa, znowu bezskutecznie. Odezwała się poczta głosowa, ‘Tu Alexis, nie mogę teraz odebrać telefonu zostaw wiadomość.’ Postanowiłam się nagrać
- Alexis proszę Cię odbierz. Gdzie jesteś? Nie rób mi tego, nie zostawiaj mnie. Tak bardzo Cię kocham. – wybuchałam płaczem – Proszę Cię, odbierz ten cholerny telefon. – rozłączyłam się i szybko zaczęłam się ubierać. Założyłam jeansowe krótkie spodenki i białą koszulkę na naramkach. Pomyślałam, że Alexis może być jeszcze w swoim hotelu. Cała zapłakana, z rozmazanym wczorajszym makijażem i nieuczesanymi włosami biegłam uliczkami Saint-Tropez. Zmęczona wbiegłam do holu sporego budynku. W recepcji za ladą siedziała drobna blondynka z włosami do ramion. Ubrana była w firmowy uniform, na wysokości piersi przyczepiona była plakietka z imieniem Léonie. Przetarłam łzy i zapytałam:
- Czy Alexis Sánchez z pokoju 231 jest u siebie?
- Przepraszam, ale nie mogę udzielać takich informacji. – odpowiedziała spokojnie.
- Do jasnej cholery proszę odpowiedzieć tylko tak lub nie. Muszę to wiedzieć. – krzyczałam cała się trzęsąc. Dziewczyna smutno na mnie spojrzała i zaczęła coś sprawdzać w komputerze.
- Przykro mi. Pan Sánchez wymeldował się dwie godziny temu.
- Dziękuję. – rzuciłam i wyszłam z hotelu. Uderzyła mnie fala gorąca, łzy znowu napłynęły mi do oczu. Zostawił mnie, zniknął bez słowa wyjaśnienia, przecież mówił, że mnie kocha. Tak naprawdę byłam tylko jego zabawką.
Bez celu błąkałam się uliczkami Saint-Tropez. Nie miałam już siły płakać, stanęłam w cieniu przy ścianie jednej z kamienic. Z bezsilności osunęłam się przy niej i wzięłam telefon do ręki. Po raz kolejny próbowałam się dodzwonić do Chilijczyka. Znowu nikt nie odbierał, odezwała się sekretarka
- Alexis proszę, odbierz. Powiedz mi, że dostałeś jakiś ważny telefon z klubu i musiałeś wracać. Proszę, powiedz, że mnie nie zostawiłeś… - powiedziałam łamiącym się głosem.

                Późnym popołudniem wróciłam do swojego hotelu, nie mogłam dłużej wytrzymać w tym miejscu. Wszystko, każdy kąt, każda uliczka przypominała mi o Alexisie. O jego uśmiechu, oczach, czarującym głosie. O moim Chilijczyku, dla którego straciłam głowę. Wzięłam laptopa na kolana i sprawdziłam rozkład lotów. Jeszcze tego samego wieczora, za kilka godzin miał odlatywać samolot do Barcelony. Szybko zarezerwowałam bilet i zaczęłam się pakować. Nic już mnie tutaj nie trzymało. Wkładając rzeczy do torby wspomnienia wracały. Wszystkie czule słówka, wszystkie pocałunki, wszystkie noce i dni, teraz nic mi po nim nie zostało, oprócz głupiej kartki z napisem „Przepraszam”. Chwyciłam do ręki książkę i nagle wyleciało z niej zdjęcie. Jedyne nasze wspólne zdjęcie, jakie miałam. Zrobiliśmy je sobie w budce fotograficznej w Cannes. Jedna, wąska tekturka, na której znajdowały się trzy mniejsze zdjęcia naszej roześmianej pary. Na pierwszym dawałam mu całusa w policzek, na drugim się całowaliśmy, a na ostatnim robiliśmy śmieszne miny. Schowałam zakładkę do książki i z bezsilności wrzuciłam ją to walizki. Opadałam na łóżko i głośno zaczęłam płakać. Cały czas zadawałam sobie to samo pytanie, dlaczego? Dlaczego mi to zrobił? Dlaczego mówił, że mnie kocha? Wtedy przypomniały mi się słowa mojej babci „Nic nie trwa wiecznie.”, miała rację. To były najpiękniejsze dziesięć dni mojego życia.
Zapięłam walizkę, doprowadziłam się do znośnego stanu. Mimo późnej pory założyłam okulary przeciwsłoneczne żeby nikt nie zauważył moich czerwonych i podpuchniętych oczu, i wyszłam z pokoju, w którym przeżyłam wiele wspaniałych chwil.

***

Jechałam czarno-żółta taksówką do domu. Był środek nocy. Mimo wszystko na ulicach Barcelony panował spory ruch. W sumie nie mogłam się dziwić, była noc z piątku na sobotę. Wszyscy jeżdżą albo wracają z imprez. Rodrigo się chyba mocno zdziwi, gdy zobaczy mnie w progu dwa dni wcześniej. Samochód podjechał pod moją kamienicę, w oknach naszego mieszkania nie paliło się żadne światło. Oznaczało to, że Rodri jest na mieście. Ucieszyłam się, bo nie wyobrażałam teraz sobie tłumaczenia mu wszystkiego.
Rzuciłam w kąt swoją walizkę, założyłam na siebie bluzę mojego braciszka i położyłam się do łóżka. Cały czas nie docierał do mnie fakt, że Alexis mnie zostawił. Miałam nadzieję, że jutro się obudzę, a to wszystko okaże się tylko złym snem. Tak bardzo chciałabym zobaczyć go jutro leżącego obok mnie. Uśmiechniętego od ucha do ucha, budzącego mnie słodkimi pocałunkami i mówiącego „Dzień dobry kochanie”. Ten dzień zapoczątkował zmianę mojego życia o 180 stopni. Zniknięcie Chilijczyka stopniowo, każdego mnie ciągnęło mnie na dół.


 ----------------

Witajcie. Kolejny rozdział specjalnie dla was. Tak jak wszystkie przewidziałyście koniec już tej sielanki. Alexis zniknął. Hue hue ;) Zostawiam wam do oceny zrozpaczoną Mire i uciekającego Alexisa. Nie będę się rozpisywać, bo taksówka zaraz przyjedzie. I fruuu do najpiękniejszego miasta na świecie.  Barcelono przybywam! <3



Do następnego,
Ines ;*

niedziela, 13 lipca 2014

Cannes

Saint-Tropez, lipiec 2009

Obudził mnie dotyk opuszków palców na moim ramieniu. Pomrugałam kilka razy i otworzyłam oczy, na poduszce obok leżał owinięty prześcieradłem Alexis, który gdy tylko zauważył, że nie śpię powiedział:
- Dzień dobry. - pochylił się i delikatnie mnie pocałował  - Jak się spało?
- Dzień dobry, a bardzo dobrze. - uśmiechnęłam się - Śniadanko, a później plaża? - zapytałam.
- Jak najbardziej, tylko będziemy musieli zahaczyć jeszcze o mój hotel. - odpowiedział.
Tak zaczynaliśmy prawie każdy nasz dzień. Z dnia na dzień poznawaliśmy siebie, swoje pasje, słabe punkty i dziwne zachcianki. Czas do południa spędzaliśmy na plaży, a popołudnia na zwiedzaniu okolicy, romantycznych spacerach, kolacjach. Wszystko to kończyło się później wspólną nocą.

***

Szykowałam się właśnie na kolację, założyłam krótką, dopasowaną, czarną sukienkę, którą kilka dni temu kupił mi Alexis. Włosy mocno skręciłam, zrobiłam makijaż, pomalowałam paznokcie. Na nogi założyłam czerwone szpilki, do ręki wzięłam małą torebkę kopertówkę i wyszłam z hotelu. Przed wejściem czekał na mnie Chilijczyk, ubrany w czarne spodnie i biała koszulę z podciągniętymi rękawami i niezapiętym guziczkiem przy kołnierzyku.
- Hej piękna. - powiedział z uśmiechem, chwycił mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
- Hej przystojniaku. - odpowiedziałam, a ten wpił się w moje usta.
- Wyglądasz nieziemsko w tej sukience - powiedział - Chociaż bez niej jeszcze lepiej. - wyszeptał mi do ucha, a ja wybuchłam śmiechem.
Kolację zjedliśmy w naszej ulubionej restauracji w porcie. Serwowali tam najlepsze owoce morza w całym Saint-Tropez. Szliśmy wąskimi uliczkami miasteczka, gdy w pewnym momencie podszedł do nas starszy mężczyzna z koszem pełnym czerwonych róż i zapytał Alexisa:
- Kupi Pan różyczkę dla pięknej Pani? - piłkarz spojrzał na mnie, uśmiechnął się i odpowiedział:
- Ile Pan ich tam ma? 
- No z 30 będzie.
- Wszystkie poproszę. - mężczyzna z niedowierzaniem spojrzał na Sáncheza - 250 euro będzie w porządku?
- Alexis nie wygłupiaj się. - wtrąciłam się. Chilijczyk nie posłuchał mnie, wyjął z portfela gotówkę i dał ją Francuzowi. Po chwili z uśmiechem od ucha do ucha podał mi wielki bukiet róż. 
- Zwariowałeś. - skomentowałam i pocałowałam go w policzek.
- Dla Ciebie wszystko kochanie.

***

Siedziałam na brzegu łóżka, w koszuli Alexisa, która zakrywała moją czarną, koronkową bieliznę i notowałam coś w notesie. Obok mnie cichutko pochrapywał śpiący piłkarz. Wyglądał tak słodko, gdy spał. W pewnym momencie zobaczyłam, że zaczyna się budzić, nachyliłam się i pocałowałam go w usta.
- Dzień dobry. – wyszeptałam, Alexis zamruczał i zaspanym głosem powiedział
- Dzień dobry piękna. Wyspana?
- No powiedzmy. – powiedziałam ze śmiechem – Co dzisiaj robimy?
- Pomyślałem, że pojedziemy do Cannes. Wynajmiemy kabriolet, polansujemy się. Będziesz moją własną gwiazdą filmową. – mówił bawiąc się moimi włosami.
- A ty będziesz się bawił w szofera i paparazzi? – zapytałam, a piłkarz potwierdził. – Podoba mi się ten pomysł.
- Ale zanim pojedziemy muszę się jeszcze Tobą nacieszyć. – powiedział i zaczął całować mnie najpierw w usta, później po szyi, dekolcie. Nagle rozdzwonił się mój telefon. Chciałam wstać żeby odebrać, ale Alexis mi nie pozwalał.
- Muszę odebrać, poczekaj chwilę. – Chilijczyk z niezadowoleniem puścił mnie. Sięgnęłam telefon z szafki nocnej. Na wyświetlaczu zobaczyłam zdjęcie Rodrigo.

  •   No cześć braciszku. – powiedziałam.
  •   Już myślałem, że nie odbierzesz. Nie przeszkadzam? – zapytał.
  •   Nie nie.
  •   Co słychać u mojej ukochanej siostrzyczki?
  •   Wszystko w porządku. Nie dawno wstałam. – powiedziałam ze śmiechem, bo Alexis zaczął mnie łaskotać.
  •   Co będziesz dzisiaj robiła? Znowu na plaże idziesz? – zapytał. Jak zwykle musiał wiedzieć, co, gdzie, jak i z kim robię. Nadopiekuńczy był od zawsze.
  •   No za chwilę… Alexis głupku, zostaw mnie! – krzyknęłam do piłkarza, który nie pozwalał mi w spokoju porozmawiać – Za chwilę jedziemy do Cannes.
  •    To fajnie, ale chyba jednak przeszkadzam. Zadzwoń jak będziesz mogła. No i pozdrów go ode mnie. Kocham cię siostrzyczko, buziaki. – powiedział i rozłączył się.

Odłożyłam telefon na szafkę, spojrzałam na Alexisa i wybuchłam śmiechem.
- Ty to jednak jesteś nienormalny. – uderzyłam go poduszką.
- Tak chcesz się bawić? – ze śmiechem zaczął okładać mnie poduszką. I tak rozpętała się mała wojna. Po chwili w całym pokoju leżały białe piórka.
- Zapłacisz za te poduszki. – powiedziałam z uśmiechem opadając na łóżko.
- Dobrze. A dostanę buziaka? – nachylił się nade mną.
- Nie. – odpowiedziałam pewnie, a Chilijczyk zrobił smutną minkę. – Rodrigo Cię pozdrawia. Idę się wyszykować. – chciałam wyjść z łóżka, ale Alexis złapał mnie w pasie.
- Nigdzie Cię nie puszczę. No chyba, że dostanę słodkiego buziaka. – spojrzałam na niego i złożyłam krótki pocałunek na jego ustach. Gdy wstałam, piłkarz klepnął mnie jeszcze w tyłek. – Cudowny jest! – powiedział  z szerokim uśmiechem.
- Głupi jesteś. – pokręciłam głową i otworzyłam drzwi łazienki.
- I tak mnie kochasz! – krzyknął. Miał racje, zakochałam się w tym idiocie jak głupia.

***

Ubrałam się w krótkie spodenki koloru złotego, na górę założyłam cienką białą koszule z 3/4 rękawem, na nogi czarne sandałki na delikatnym obcasie. Do małej czarnej torebki włożyłam telefon, portfel i okulary przeciwsłoneczne. Gotowa do wyjścia wyszłam przed hotel gdzie w srebrnym kabriolecie porsche siedział uśmiechnięty od ucha do ucha Alexis. Jedną ręką trzymał kierownicę, drugą zgiętą opierał o drzwi samochodu. Gdy mnie zobaczył wyszedł z samochodu, podszedł do mnie i pocałował.
- Zdążyłem się stęsknić. - powiedział zalotnym głosem - Mam coś dla ciebie. - sięgnął na tylne siedzenie i wyciągnął duży, czarny kapelusz. Uśmiechnął się i założył mi go na głowę. - Teraz wyglądasz jak prawdziwa gwiazda filmowa. Zapraszam. - otworzył drzwi pasażera i pomógł mi wsiąść.
Podczas drogi bawiliśmy się świetnie: wiatr we włosach, uciekający kapelusz, śpiewanie głośno piosenek. Godzinna podróż minęła nam w mgnieniu oka. W Cannes chodziliśmy po deptaku, jedliśmy lody, weszliśmy też na plażę gdzie usieliśmy na gorącym piasku. Po południu udaliśmy się na czerwony dywanie i aleje sław. Tam przykładaliśmy nasze ręce do odcisków gwiazd. Alexis cały czas chodził z moja lustrzanką i robił mi zdjęcia. Ciągle powtarzał „Spójrz tutaj, uśmiechnij się, zrób słodką minkę, śpij mi buziaka, a teraz zapozuj najlepiej jak potrafisz”. Wtedy byłam już pewna, że wybór bycia po tej drugiej stronie obiektywu jest dużo lepszy. Później piłkarz wyjął swojego iphona i zrobiliśmy sobie kilka selfie. Po południu poszliśmy do restauracji w porcie gdzie zjedliśmy pyszną włoską pizze i wypiliśmy zmrożone lemoniady. Gdy wracaliśmy do samochodu na promenadzie stała budka do robienia zdjęć. Jak byłam mała zawsze chodziłam do takich z rodzicami i Rodrim. Świetna zabawa.
- Patrz, budka! Chodź zrobimy sobie zdjęcia. – powiedziałam uradowana.
- Nie masz już na dziś za dużo zdjęć? – odpowiedział ze śmiechem.
- Ale nie mamy razem takich ładnych, no proszę.
- Wiesz, że nie potrafię Ci odmówić. – odparł i pocałował mnie.
Zrobiliśmy dwie wersje zdjęć, jedna tekturka dla mnie, druga dla Alexisa. Była to chyba najlepsza pamiątka z Cannes i z całego wyjazdu do Francji. Późnym wieczorem wsiedliśmy do samochodu i wróciliśmy do Saint-Tropez.

***


Kolejne dni mijały w zabójczym tempie, z dnia na dzień zakochiwałam się w Alexisie na nowo i coraz mocniej. Ale te dni niestety zbliżały nas do rozstania, którego żadne z nas nie chciało. 

--------------------------
 Przybywam z kolejnym rozdziałem, kiedyś byłam z niego bardziej zadowolona, ale chyba nie jest aż tak źle. ;) Nawet nie wiecie jak się cieszę, że jest tyle komentarzy. Dziękuję ;*
Dzisiaj finał mundialu, będę za nim tęsknić. :c Przyzwyczaiłam się do tylu meczy w ciągu tygodnia. Dzisiaj jestem całym sercem za Leosiem, za Argentyną. <3 #VamosArgentina! 

Nadal nie mogę się pogodzić z tym, że moja Mysza odeszła. :< Londyn najpierw zabrał mi Cesca, teraz Alexisa. Chyba sprowadzam jakieś złe fatum, o kim napisze bloga ten odchodzi. Chyba skończę pisać, bo jeszcze wszyscy nam odejdą i co będzie? :/

Adiós mi amor! <3 
Będę strasznie tęsknić za jego uśmiechem, ale chyba najbardziej za tymi podwiniętymi nogawkami spodenek. :P
Dziękuję, że byłeś taką wspaniałą inspiracją do bloga. 
Te quiero Alexis. ;*